Bieg bez mety. Edukacja on-line w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku

Rozmowa z Barbarą Gołębiowską, kierowniczką Działu Edukacji

Helena Postawka-Lech: Jak wyglądała edukacja w Muzeum w Sulejówku przed pandemią?

Barbara Gołębiowska: Edukacja była u nas zawsze specyficzna dlatego, że jesteśmy jeszcze muzeum w organizacji. To chyba jest najważniejsza rzecz dotycząca naszej edukacji. Ja lubię to streszczać takim określeniem, że do niedawna jeszcze byliśmy „muzeum na walizkach”. I edukacja też była na walizkach, i to dosłownie, bo myśmy z tymi walizkami jeździli do szkół, gdzie nasze edukatorki prowadziły zajęcia. Działaliśmy nie u siebie, bo tego „u siebie” jeszcze nie było, poza niewielkim biurem w Warszawie. Można powiedzieć, że działaliśmy “na wynos” w bardzo różnych miejscach i realizowaliśmy w ten sposób wiele różnych programów skierowanych w zasadzie do wszystkich grup odbiorców. Prowadziliśmy wspomniane już lekcje w szkołach. Robiliśmy i ciągle robimy warsztaty dla rodzin w ramach Wieloletniego Programu Rządowego „Niepodległa”, we współpracy ze stowarzyszeniem Robisz.to, organizowane w FabLabie w Warszawie na Twardej.  Organizujemy – też w ramach „Niepodległej” – program debat historycznych dla młodzieży we współpracy z Fundacją Polska Debatuje,  prowadzimy Klub Nauczyciela Historii, którego zjazdy odbywały się w całej Polsce, od Zakopanego i Łodzi po Gdynię i Białystok. Więc wszystko to było na wynos, ale działalność edukacyjna była bardzo intensywna. Staraliśmy się robić takie projekty, które z jednej strony zagospodarują ważne obszary edukacji muzealnej,  ale też nauczą nas czegoś, co po otwarciu może się nam przydać, a do tego zgromadzą wokół muzeum pewne środowiska. Myślę, że na tyle, na ile było to możliwe, to działaliśmy z dosyć dużym rozmachem.  Oczywiście trudno porównywać skalę tych działań ze skalą działań dużych muzeów, które mają już własne siedziby. To nie była taka skala chociażby z tego powodu, że my finansowaliśmy wszystko we własnym zakresie, w tym znaczeniu, że nie pozyskiwaliśmy żadnych dochodów z działalności edukacyjnej. To okazało się w pandemii bardzo korzystne. 

Dworek „Milusin” w Sulejówku

W jakim momencie zastał was lock-down?

W momencie wybuchu pandemii szykowaliśmy się do otwarcia, które jest planowane na sierpień (2020 – hpl). Mieliśmy już rozpędzonych kilka projektów, no i stało się…  Lock down! Patrząc na to teraz z perspektywy, ale też słuchając koleżanek i kolegów z innych muzeów, to widzę,  że w gruncie rzeczy byliśmy w lepszej sytuacji. Chociażby przez to,  że już wcześniej działaliśmy  „na wynos” i od lat funkcjonowaliśmy w rzeczywistości która jest jak… statek szaleńców (śmiech). Jak słyszę o „agile management”, to sobie myślę, że nie wiedziałam, że ja mówię prozą! Od lat uprawiam zwinne zarządzanie,  bo trudno żeby nie było zwinne jak się bez przerwy wszystko zmienia, łącznie z datą otwarcia, która od momentu gdy zaczęłam pracować w muzeum (to był rok 2010) była przesuwana kilkukrotnie.  Tak więc wydaje mi się że my, czyli nasz zespół edukacji, byliśmy przyzwyczajeni do dużej elastyczności i posiedliśmy umiejętność dostosowywania się do bieżących warunków. To bardzo zaprocentowało. Zaprocentowały także dobre relacje w zespole i to, że dbaliśmy o dobrą komunikację. Wcześniej wykonaliśmy dużą pracę w tym kierunku. Paradoksalnie zaprocentowało też to, o czym wspomniałam, czyli to, że nie czerpaliśmy dochodów z edukacji. Dlaczego myślę, że to było dobre? Bo nikt tego od nas nie oczekiwał i nikt się nie dziwił, że zatrudniamy edukatorów, mimo, że nie pozyskujemy dochodów z prowadzonych zajęć.  

Pierwsza  rzecz, o której zaczęliśmy w momencie lock-downu myśleć, to nie było nawet to,  że trzeba robić lekcje online czy inne rzeczy, tylko że musimy dać sensowną pracę ludziom którzy po prostu mieli u nas zakontraktowane prowadzenie lekcji, mają z nami podpisane umowy, jest to ważny element ich budżetu, a znaleźli się wraz z lock-downem w bardzo trudnej sytuacji. 

To był właśnie taki dziwny i trudny czas, połączenie lock-downu z przygotowaniami do otwarcia… Ale miał pewne plusy. 

Jak ułożyliście sobie pracę w czasie lock-downu? 

To był proces. Wcale nie wyglądało to tak, że następnego dnia po lock-downie zaczęliśmy od razu robić lekcje muzealne online (śmiech). Na początku wszyscy zastanawialiśmy się, jak sobie poradzić z tą sytuacją – prywatnie i zawodowo. Mam wrażenie, że to było bardzo dobre, że dałyśmy sobie prawo do takiego momentu  zatrzymania, kiedy się patrzy co się dzieje wokół, jakie są potrzeby i jak my możemy się w to włączyć.  W tym czasie – podobnie jak wiele muzeów – wrzucaliśmy na naszą stronę i media społecznościowe filmy i inne materiały on-line, które już mieliśmy. Nie ukrywam, że musieliśmy też opanować narzędzia. Nagle okazało się, że mamy takie narzędzie jak Office 365 i że tam wszystko jest. Nie używaliśmy wcześniej większości dostępnych tam funkcji, a okazało się że to jest bardzo pomocne. Trzeba było też oswoić tę sytuację psychologicznie. Kwestię pracy zdalnej, że dzieci są na głowie i organizację miejsca pracy w domu….  Ale nastąpił w końcu taki moment, kiedy narzędzia zostały opanowane, sytuacja oswojona i zaczęliśmy się rozglądać wokół. Patrzymy: o, Narodowe (Muzeum Narodowe w Warszawie – przypis, hpl) robi lekcje na Zoomie! No to sprawdzamy co to właściwie jest ten Zoom! Mieliśmy wiele  uruchomionych programów, które powinniśmy kontynuować, odbiorców, których nie chcieliśmy zostawiać, więc pomyśleliśmy, że może powinniśmy je robić na Zoomie. Dlatego zorganizowaliśmy wewnętrzne szkolenie z Zooma. Było to wszystko trudne i towarzyszył temu duży stres, ale uznaliśmy, że tego potrzebujemy, bo po prostu pewne rzeczy nie mogą czekać. Jeszcze na początku pandemii było wyczekiwanie: może to przejdzie za tydzień, dwa… nikt nie wiedział ile to potrwa. Ale szybko się okazało, że pandemia potrwa dłużej i że pewnych rzeczy nie sposób wstrzymywać. Na początku wstrzymaliśmy wszystko i różne rzeczy zostały przerwane. Jednak w pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że  jeśli chcemy mieć na przykład przeszkolonych przewodników na drugą połowę roku, to kurs dla nich musi się odbyć on-line.

Źródło: Facebook Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku

Był też etap ślepych ścieżek. Na przykład pierwsza nasza myśl, jeżeli chodzi o szkoły, była taka: poprosimy nasze edukatorki o napisanie scenariuszy lekcji do wykorzystania przez nauczycieli. Szybko okazało się, że nauczyciele nie chcą korzystać z żadnych scenariuszy, że nie tego potrzebują. Wycofaliśmy się więc i zdecydowaliśmy się na realizację lekcji na żywo na Zoomie. Tu muszę powiedzieć, że ogromnym plusem była sieć kontaktów między edukatorami. Dzięki temu poznaliśmy i kupiliśmy Zooma i to poszło, mimo różnych zawiłości, dość sprawnie – byłyśmy bardzo zdeterminowane aby ruszyć z programem lekcji on-line. Szybko pojawiła się potrzeba drugiego konta Zoom, bo okazało się, że poza lekcjami on-line musimy zrobić kurs dla przewodników i edukatorów – aby wyszkolić przewodników na otwarcie i aby wykorzystać moment, kiedy większość z nich i tak nie ma jak pracować. To było znacznie trudniejsze niż lekcje, do których wykorzystaliśmy kilka istniejących już scenariuszy dopasowując je jedynie do realiów on-line. Tutaj musieliśmy zbudować coś zupełnie nowego i jeszcze przekonać kuratorów do wzięcia udziału w wykładach on-line. Przyznam, że pierwsze spotkanie kursowe było dla mnie koszmarem! Jestem oswojona z wystąpieniami publicznymi i naprawdę mnie to nie stresuje. Jednak tutaj, jak miałam zacząć mówić przed tym ekranem do niemal setki ludzi, to ogarnął mnie ogromny stres. Bardzo się bałam, że coś nie wyjdzie. No i oczywiście nie wyszło. Profesor, który miał mieć wystąpienie, nie mógł się połączyć głosowo. Bardzo to przeżyłam nerwowo. Mimo, że zespół mnie pocieszał, że szkolenie finalnie nie wyszło źle, była prezentacja dyrektora i uczestnicy z pewnością coś wynieśli z tego spotkania, to ja miałam poczucie porażki. Chwilowo załamałam się psychicznie, co mi się normalnie nie zdarza. Ale na kolejnych spotkaniach okazało się, że wszyscy są wyrozumiali i świetnie wiedzą, że zwykle są jakieś problemy techniczne. W ten sposób oswoiliśmy tę sytuację. Ale to był proces i nie było to łatwe. Fajnie, że po zakończonym kursie dostaliśmy od naszych kursantów dużo ciepłych słów.

Jakbyś mogła podsumować: co robiliście lub robicie dalej on – line? 

Robiliśmy lekcje muzealne dla dzieciaków z podstawówki,  dla liceum nie zdążyliśmy przygotować oferty przed końcem roku, chociaż wiemy, że było takie zapotrzebowanie. Największym wyzwaniem było pytanie jak – pomimo tego że to jest na Zoomie –  zachować charakter lekcji muzealnych, żeby były inne niż taka zwykła lekcja szkolna. Wpadliśmy na pomysł, żeby to były lekcje wokół obiektów. Ten pomysł się bardzo spodobał naszym edukatorkom, które zaprosiliśmy do współtworzenia tych lekcji, one same mogły decydować jakich narzędzi chcą używać. Oczywiście zapewniliśmy im szkolenie z Zooma. Te lekcje wokół obiektu się bardzo dobrze sprawdziły. Jednym z ważniejszych eksponatów w naszym muzeum jest maszyna drukarska „bostonka”, taka sama jak ta, na której Piłsudski drukował „Robotnika”. Dlatego wykorzystaliśmy materiały do ”bostonki”, które już mieliśmy przygotowane w związku z wystawą stałą. To była m.in. animacja pokazująca jak się na tej ”bostonce” drukowało. Kuratorka się zgodziła żeby ją wykorzystać, i tutaj muszę też powiedzieć, że bardzo nam pomogło jej wsparcie, ale i postawa dyrektora: bardzo otwarta i popierająca dzielenie się zasobami w sieci. Lekcje on-line bardzo się dobrze przyjęły. Od początku kwietnia do końca roku szkolnego przeprowadziliśmy ok. 100 lekcji, czyli porównywalną ilość do tej, jaką zrealizowalibyśmy w tym samym czasie przed pandemią. Przyjęliśmy za nie trochę niższą stawkę dla edukatorów i edukatorek, bo założyliśmy, że są nieco krótsze (trwały godzinę) i nie ma czasu dojazdu. 

Maszyna drukarka „Bostonka” i pismo PPS „Robotnik”, wł. Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku

Robiliśmy też wspomniany już kurs dla edukatorów i przewodników. To była grupa ok 60 osób, oraz dodatkowo za każdym razem do kursu dołączało ok 20 pracowników muzeum. Myślę zresztą, że pracownicy mogli w tym brać udział w takiej liczbie także „dzięki” pandemii…. Głównym punktem były opowieści kuratorów o poszczególnych galeriach (nasza wystawa stała jest podzielona na 6 galerii odpowiadających okresom życiaPiłsudskiego). Do tego dawaliśmy listy lektur, starając się, aby jak najwięcej było dostępnych w internecie – odkryliśmy dzięki temu wiele fantastycznych sieciowych zasobów. Kurs odbywał się co tydzień na Zoomie przez 10 tygodni. 

W programie debat historycznych robiliśmy “webinary debatanckie”. Polegało to na tym, że nasi partnerzy z undacji „Polska Debatuje” prowadzili szkolenia w formie webinarium dla osób zainteresowanych debatami, przede wszystkim z naszego projektu, ale nie tylko. Zainteresowanie nimi było bardzo zmienne. Z czasem zaczęło przychodzić na nie sporo osób, ale potem ta liczba ponownie zaczęła się zmniejszać. Webinary były nagrywane, i udostępnione na profilu muzeum, więc dzięki temu, pozyskaliśmy na przyszłość ciekawy materiał do wykorzystania.

Przygotowaliśmy także warsztaty rodzinne on-line, oparte o ideę łączenia nauki historii z majsterkowaniem. Na początku nie wiedzieliśmy jak do tego podejść, ale ponieważ robimy to ze stowarzyszeniem Robisz.to, gdzie pracują bardzo kreatywni ludzie, to zaraz wspólnie wynaleźliśmy sposób. Ustaliliśmy, że będziemy bazować na rzeczach, które wszyscy na pewno mają w domu. Zaczęliśmy od szycia takiej małej kurki ze szmatek, z nóżkami i dzióbkiem. Bardzo to fajnie wyszło, a potem ogłosiliśmy zapisy na drugi warsztat… na który nie zapisał się nikt! Wtedy było nam ciężko, ale zaczęliśmy szukać nowych dróg. Szukaliśmy przyczyny tej sytuacji i doszliśmy do wniosku, że to na pewno nie była kwestia samych warsztatów, bo ich temat był bardzo ciekawy. Uznaliśmy, że to był moment kiedy rodzice mieli już naprawdę dość: e-szkoły, e-spotkań, pracy zdalnej i całego tego siedzenia przed komputerem. Wtedy wpadliśmy na pomysł żeby skierować ofertę do naszych wolontariuszy muzealnych i zrobiliśmy dla nich warsztaty związane z historią morską II RP i połączone z robieniem stateczków. Wyszły super! Tym razem rozwieźliśmy materiały do domów, bo były to rzeczy bardziej specjalistyczne.

Poza tym cały czas produkowaliśmy przeróżne materiały do wykorzystania on-line, także z myślą o jesieni: podcasty, filmy etc. Nie wszystkie jeszcze skończyliśmy. Nasz muzealny Dział Promocji i Komunikacji przygotował filmiki w konwencji “gotuj z muzeum” (nazwane „Suchar Marszałka” od jednej z jego ulubionych potraw), które zostały bardzo dobrze przyjęte. 

W ramach działań on-line spotykaliśmy się też z zespołem konsultacyjno-doradczym Klubu Nauczyciela Historii, z którym konsultowaliśmy nasz program lekcji na otwarcie. Wcześniej zawsze ściągaliśmy ich do Warszawy z całej Polski. A teraz spotkaliśmy się na Zoomie i było dla wszystkich prościej i taniej a równie skutecznie. Było jeszcze jedno spotkanie wyjątkowe, z nauczycielami i wykładowcami z klubu języka polskiego przy ambasadzie polskiej w Kijowie – nasz profesor wygłosił dla nich fantastyczny wykład na Zoomie. Być może to początek udanej długofalowej współpracy… Także pandemia dała nam także kontakty międzynarodowe! 

Wszyscy braliśmy też udział w wielu webinarach – to jest jak sądzę wielka zaleta lock-downu. Ja sama nigdy w życiu nie wzięłam udziału w tylu szkoleniach w tak krótkim czasie!

Źródło: Facebook Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku

A jak w tej sytuacji odnaleźli się edukatorzy i edukatorki?

Jeżeli chodzi edukatorów i edukatorki  to nie wszyscy chcieli robić lekcje on-line.  Jedna z naszych edukatorek, z którą nam się bardzo dobrze współpracowało przed pandemią i jest ona bardzo dobrą edukatorką,  wyraźnie powiedziała, że ona nie odnajduje się w tej rzeczywistości. Podjęła próbę prowadzenia lekcji on-line, my zorganizowaliśmy jej dodatkowy komputer i wszystkie szkolenia.  Ale jednak po tym doświadczeniu w  wyraźnie powiedziała, że to nie dla niej a my wtedy zdecydowaliśmy, że nie będziemy nalegać. Każdy ma inną strefę komfortu i dla niektórych relacja on-line jest trudniejsza od tej w realu. Tak więc lekcje robiły 3 – 4 edukatorki w sumie i robiły to świetnie.  Bardzo ważne jest to, że edukatorki nawiązywały bezpośredni kontakt z nauczycielem. Staraliśmy się szyć na miarę te lekcje, żeby najpierw trochę z nauczycielem  porozmawiać  i dowiedzieć się czego on potrzebuje.

A jak promowaliście tę ofertę on-line?

Można powiedzieć, że mieliśmy dwa najważniejsze kanały. Po pierwsze napisaliśmy do szkół które były już do nas zapisane na lekcje. W momencie wybuchu pandemii harmonogram lekcji już był przygotowany i wiele szkół chętnie skorzystało z wersji on-line. Drugim kanałem był Klub Nauczyciela Historii, który mamy przy muzeum i w którym jest ponad 500 osób z całej Polski.  Nagle okazało się, że ci nauczyciele, którzy zawsze tak żałowali,  że nie mogą do nas przyjechać ze względu na odległość, mogą jednak skorzystać z naszej oferty. A potem to już informacje o naszych lekcjach rozeszły się pocztą pantoflową.

Na samym początku powiedziałaś, że zaprocentowała relacyjność i jakość komunikacji którą mieliście już wcześniej w zespole. Jakbyś mogła rozwinąć ten wątek.  

Bardzo szybko w trakcie pandemii okazało się, nawet patrząc na całą naszą organizację, że tam gdzie komunikacja była dobra, tam po prostu ona pozostała dobra pomimo przeniesienia na on-line. A tam gdzie była zła, to się jeszcze pogorszyła lub w ogóle zanikła. My już od jakiegoś czasu bardzo świadomie pracowaliśmy nad zespołowością. To się zaczęło, jak wiele dobrych rzeczy się paradoksalnie zaczyna, od kryzysu – był taki moment, że odszedł z naszej edukacji prawie cały zespół. Potem zatrudniłam nowe osoby, zwracając tym razem szczególną uwagę na umiejętność współpracy i komunikacji, i  zaczęłam bardzo świadomie pracować z tym zespołem, ale sama miałam też wsparcie świetnej trenerki i mocno szkoliłam się z zakresu zarządzania. Braliśmy całym zespołem (razem z edukatorkami) udział w różnych szkoleniach i warsztatach z zakresu współpracy i komunikacji. To był pewien proces ale na jego początku stała bardzo świadoma decyzja, że my jesteśmy zespołem i ”gramy do jednej bramki”, wpieramy się nawzajem, a wiele decyzji podejmujemy razem na drodze dyskusji, a czasami sporów. Ja, jako kierowniczka nie jestem tylko od tego żeby mówić: ty masz robić to, a ty to. Jestem raczej po to żeby wskazywać kierunki, dawać informację zwrotną, inspirować, wspierać i  koordynować pracę, korzystając z tego, że moje koleżanki i koledzy są w wielu rzeczach znacznie lepszymi specjalistami niż ja! Oczywiście też od tego żeby pilnować strategii, bo od tego jest się liderką. Ale przede wszystkim bardzo mocno postawiłam na partycypacyjny model zarządzania i to się po prostu znakomicie sprawdziło – najpierw w pracy w “realu”, a jak przyszedł “on-line” to sprawdziło się jeszcze bardziej. Bo na przykład okazało się, że ja po prostu nie mam takich kompetencji cyfrowych jakie mają moje młodsze o 15 lat koleżanki. To było fajne, bo ja się wtedy bardzo dużo od nich uczyłam, dzięki nim zdobyłam  jako taką pewność siebie przed ekranem i miałam oparcie w tym trudnym momencie. Ważne też jest takie pozwolenie sobie na to, aby popełniać błędy, żeby mieć czas na refleksje. W czasie lock-downu bardzo często się spotykaliśmy, nawet częściej niż przed pandemią (wtedy to było regularnie raz w tygodniu). To dawało nam możliwość wspólnego myślenia, przegadywania problemów. I to bardzo zaprocentowało. Wydaje mi się że gdybyśmy mieli inny model pracy, taki bardziej dyrektywny, to po prostu w pewnym momencie każdy zostałby sam ze swoimi zadaniami i problemami, a ja przestałabym wyrabiać. A w takiej sytuacji człowiekowi brakuje bezpieczeństwa. Jeżeli ty jesteś w gorszej formie, nawet psychicznej, to ktoś inny przejmuje pałeczkę. Bo każdy z nas miewa kryzysy, to normalne. My w zespole pisałyśmy nawet czasem wprost na czacie: “mam dziś gorszy dzień” i było wiadomo, że ktoś wtedy pomoże.  Witałyśmy się także rano i żegnałyśmy kończąc pracę. Praca w pandemii była bardzo ciekawym doświadczeniem, wydaje mi się, że można je nawet nazwać próbą ogniową dla nas przed otwarciem.  Ale chyba zespół ma satysfakcję, że tak to wszystko przeszliśmy i jesteśmy z siebie dumni. A to jest bardzo ważne. 

Przyznaje, że mieliśmy też kryzysy. Komunikacja on-line zawsze jest obarczona większym ryzykiem niezrozumienia, a więc i konfliktów. Przed pandemią w pracy piło się razem kawę, na spotkania działu często ktoś przynosił ciasto – i tego zaczęło nam bardzo brakować. Szukaliśmy substytutu i nawet przez pewien czas mieliśmy takie spotkanie jak „kawka” w piątek o 13:00 gdzie spotykaliśmy się wyłącznie po to żeby porozmawiać o wszystkim, tylko nie o pracy. To były spotkania ponaddziałowe, po prostu spotykało się grono ludzi z muzeum którzy lubią razem pić kawę i pogadać. To bardzo pomagało nam oswajać tę sytuację. Każdy mówił co u niego słychać, jak się czuję. To uwypukliło taki “ludzki wymiar”, który przez tę pandemię zaczął być bardziej widoczny  w naszej pracy. Okazało się, że nie jesteśmy jakimiś bytami oderwanymi od naszego życia, że zostawiamy wszystko w domu i idziemy do biura. Nigdy tak nie było, ale ta sytuacja kiedy pracujesz z domu i nagle na spotkanie z dyrektorem on-line wchodzi twój syn i zaczyna mu pokazywać swoje samochodziki, pokazała nas jako ludzi. I to było dobre.  

Stanowisko pracy zdalnej Basi

Jakbyś oceniła ten czas lock-downu z perspektywy programu edukacyjnego w muzeum? 

Patrząc z perspektywy końca semestru, bo na ten moment zamknęliśmy lekcje, warsztaty czy webinaria, to jestem bardzo zadowolona z tego, co osiągnęliśmy. Oczywiście, popełniliśmy parę błędów, ale one były nie do uniknięcia. Myślę, że bardzo ważne jest to, że wyciągaliśmy z nich szybko wnioski, i że się nimi nie obciążaliśmy. Gdybym miała jeszcze raz miała podejść do tematu edukacji on-line to myślę, że zrobilibyśmy szybciej lekcje dla liceum. Nie zdążyliśmy, a widzieliśmy że jest takie zapotrzebowanie. Pewnie nie robilibyśmy też webinarów debatanckich w czerwcu, bo wtedy już wszyscy mieli dosyć. Ale zasadniczo nie zmieniłabym wiele. 

To, co dobrego się stało w czasie pandemii, to to, że temat edukacji zaistniał w przestrzeni publicznej. Oczywiście głównie edukacji formalnej, szkolnej, ale przez to trochę i muzealnej. Ludzie zaczęli po prostu doceniać pracę nauczycieli i edukatorów. Jeżeli chodzi o edukację muzealną, to naprawdę zdaliśmy egzamin, my – edukatorzy muzealni. Trochę może jest to samozachwyt nad własną grupą zawodową (śmiech) ale ja uważam, że edukatorzy muzealni to jest jedna z najbardziej kreatywnych grup zawodowych. Ta pandemia pokazała, że my jesteśmy tymi ludźmi w muzeach, którzy naprawdę potrafią szybko reagować, działać elastycznie, rozpoznawać i odpowiadać na potrzeby odbiorców, uczyć się szybko nowych narzędzi, a przede wszystkim jesteśmy zsieciowani! Świetnie, że tak szybko zaczęły powstawać spotkania, takie jak „Liderów i liderek edukacji muzealnej” (organizowane przez Muzeum Warszawy, Forum Edukatorów Muzealnych i przez nas) czy EduAkcja Warszawy. To może się nie zaczęło od razu ale stosunkowo szybko. A wcześniej były po prostu telefony – ja do Bożeny z Narodowego, Kasia z Muzeum Warszwy do mnie – taka sztafeta wsparcia. W tym nie było w ogóle takiego podejścia, że jesteśmy dla siebie konkurencją, że coś ukrywamy przed sobą. To było fantastyczne i ja mam głębokie przekonanie, że zdaliśmy egzamin jako grupa zawodowa. Mam tylko nadzieję, że dzięki temu zostaliśmy dostrzeżeni jako eksperci we własnych muzeach. Że doceniono, że to edukatorzy przynoszą innowacje i to oni oswoili tego Zooma i rozpoczęli działalność on-line. I że to oni przynoszą muzeom dochody – co jak wspomniałam ma oczywiście dwie strony. Bardzo smutne jest to, że w niektórych muzeach pozwalniano edukatorów, bo przestali przynosić dochód i w związku z tym stali się niepotrzebni. Pokazuje to, jak wiele mamy jeszcze do nadrobienia jeżeli chodzi o przestrzeganie Ustawy o muzeach, w której jak byk stoi – w pierwszym zdaniu! – że muzeum jest instytucją nienastawioną na osiąganie zysku, no i że ma „upowszechniać”, „informować”, „kształtować” i „umożliwiać korzystanie”. Może przez pandemię doczekamy „edukacyjnej rewolucji” w polskich muzeach? Nawet jeżeli nie, mam głęboką nadzieję, że to wszystko spowoduje, że będzie się bardziej cenić edukację muzealną i przestanie się traktować działy edukacji jako działy drugiej kategorii, co niestety cały czas się zdarza. Myślę, że ta cała sytuacja sprowokuje też dyskusję o miejscu edukacji muzealnej, jej roli i statusie. 

Co w tej działalności on-line jest dla Ciebie największą wartością?

Relacja, tak jak zawsze w edukacji. Zoom i internet – to tylko narzędzia komunikacji i przez nie też da się nawiązać relację, chociaż jest to trudniejsze. Tak, relacja i spotkanie z drugim człowiekiem… My przyjęliśmy taką zasadę, że te dzieciaki, które często na naszej lekcji widziały się po raz pierwszy od początku pandemii, dostawały najpierw czas, żeby się przywitać, pomachać do siebie. Przecież to, żeby one się dobrze poczuły w muzeum, nawet jeżeli to jest muzeum on-line, jest ważniejsze niż żeby zapamiętały datę przewrotu majowego na przykład. To wszystko sprawiło, że jeszcze bardziej uświadomiliśmy sobie, że edukacja jest spotkaniem, rozmową. I mówiąc już nawet górnolotnie – w centrum edukacji jest spotkanie z drugim człowiekiem i bez niego edukacja nie ma sensu. Przekazywanie wiedzy oczywiście jest ważne, ale bez relacji będzie suche i żaden większy sens z tego nie wyniknie. Pokazywała to na przykład sytuacja, w której trudno było naszym edukatorkom prowadzić lekcję kiedy dzieci wygaszały ekrany i się nie odzywały (co często zdarzało się zwłaszcza w starszych klasach). Mówisz coś – i widzisz czarny ekran i to jest straszne. Bardzo tęsknisz wtedy za taką zwykłą lekcją…

A jakie są Twoim zdaniem widoki na przyszłość edukacji on-line?

Myśląc o jesieni, mam wrażenie że ta nasza edukacja on-line to jest jak „bieg bez mety” (zorganizowano kiedyś coś takiego na słonej pustyni w Stanach) – biegniemy, ale nie wiemy kiedy koniec. Nie wiemy, czy jesienią edukacja będzie dalej on-line czy już off-line, czy może i tak i tak, co jest najbardziej prawdopodobne. Ja czuję, że jesteśmy jednak do tego już przygotowani. Mamy za sobą te wszystkie doświadczenia z których wyciągniemy wnioski. Oswoiliśmy temat, wielu rzeczy się nauczyliśmy, co nie zmienia faktu, że bardzo byśmy chcieli, żeby chociaż trochę tego off-linu było. Tęsknimy za ludźmi i ze spotykaniem się z nimi.

Nowy budynek Muzeum w Sulejówku

W Muzeum już zdecydowaliśmy, że ta formuła z nami zostanie. To będzie jedna z „nóg” naszej edukacji. Tak to sobie opisaliśmy, że nasza edukacja będzie mieć cztery nogi, jak stół: lekcje, warsztaty, oprowadzania angażujące i właśnie lekcje on-line. Miałam ostatnio okazję rozmawiać z Alicją Knast i podzieliłam się z nią moimi obawami, które jak sądzę ma wielu edukatorów: że skoro będą lekcje on-line to czy ludzie przestaną zamawiać lekcje w muzeum na miejscu?  Odpowiedziała mi na to, że to trochę jak z Pepsi i Colą. Nikt nie wie czemu, ale część ludzi woli Pepsi a część Colę. Edukacja on – line i na żywo to są różne potrzeby i różne grupy odbiorców. Edukacja on-line pozwala docierać do szerokiego grona ludzi którzy mogą nie mieć jak do nas przyjechać (na przykład szkoły polskie za granicą). A może też jest tak, że jak odbiorcy dotrą do nas on-line to potem do nas przyjadą? 

Dziękuję za rozmowę

Ja również dziękuję i zapraszam do Sulejówka! Otwieramy się już w połowie sierpnia, na rocznicę Bitwy Warszawskiej. Potem jednak się jeszcze na trochę zamkniemy – bo musimy wykończyć naszą wystawę w czym przeszkodziła pandemia – i takie pełne otwarcie oraz początek działań edukacyjnych off-line planujemy na Narodowe Święto Niepodległości 11 listopada 2020 roku. Zapraszam serdecznie wszystkich do zielonego Sulejówka, gdzie można doskonale odpocząć od ekranów – tym bardziej, że na naszej wystawie nie ma ich dużo!

Kto: Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku

Co: działania edukacyjne

www: https://muzeumpilsudski.pl/

Summary

Run without a finish line. Online education at the Józef Piłsudski Museum in Sulejówek

Interview with the head of the Education Department, Barbara Gołębiowska

The conversation concerns the actions that the museum took on-line when the lock-downs were announced. It was a difficult moment for the museum – the opening of the building was planned for August and many things were started.
Barbara Gołębiowska describes the process of shaping the museum’s online offer. At the beginning, the employees had to get used to the new situation, which was difficult both professionally and in life. The museum tried to facilitate this process by providing training from the Zoom platform. Due to the planned opening of the museum certain activities could not be postponed. The training of the museum guides took place online. The education department took also actions for children and youth. Museum lessons were organized in which children from all over Poland took part.